Historia pewnego meczu ligowego

Zbieżność wszystkich postaci, nazw oraz zdarzeń do autentycznych jest przypadkowa.

Szóstego dnia czwartego księżyca Anno Domini 2019 doszło do galaktycznego pojedynku pomiędzy Sokołami z Wielkiej Lipy i Konstelacją Gwiazd Kowalczyka – Piastem Żerniki. Pojedynek gigantów już od dłuższego czasu nie schodził z ramówek wszystkich ważniejszych kanałów telewizyjnych w środkowo-wschodniej części Europy. Prawa do transmitowania spotkania oprócz rodzimych telewizji dostały również Sudańska Telewizja Kablowa Labamba, a także reżyser programu „z kamerą wśród Księży” z watykańskiej kinematografii.
Wejściówki na sobotni hipermecz rozeszły zanim jeszcze zostały wydrukowane, a zapowiedzi wrocławskich elit kibicowskich kazały przypuszczać, że tego dnia obornickie lasy zaleje żółto-czarna rzeka marzeń, emocji i wiary.
Na czele armii z Wrocławia stanął znany i wielokrotnie opisany na kartach historii wrocławskiego futbolu Kazik, którego zwano najpierw Kazimierzem Ogromnym, potem Obszernym, a ostatecznie przylgnęło do niego skromne Kazimierz Wielki.
Chociaż niektóre reprezentantki żernickiej Gildii Amazonek uparcie i ze łzami w maślanych oczach twierdzą, że przydomek Kazimierza i tak nie oddaje w pełni walorów wielkiego Kazia...

Na wieść o szykującej się ekspansji hord żernickich na Wielką Lipę w całej gminie wprowadzono godzinę policyjną. Burmistrz Obornik Śląskich rozkazał natychmiastowe umocnienie fortyfikacji na rzekach Odrze i Widawie, a mieszkańcy samej Wielkiej Lipy zgromadzili się na wspólnej modlitwie w piwnicach pobliskiego komisariatu.
Jak się jednak później okazało, całe to zamieszanie nie było potrzebne, ponieważ tej soboty, kierownictwo Biedronki przy ul. Żernickiej zdecydowało się na wyprzedaż kartofli po okazyjnej cenie, co stało się przyczyną faktu, że żółto-czarnych tego dnia wspierała tylko grupa najwierniejszych ultrasów. Przyjechali za to wszyscy trzej... w komplecie!
Jak się później okazało nie tylko trzej wrocławscy ultrasi przyczynili się do szalonej atmosfery na trybunach Stadionu Leśnego w Wielkiej Lipie. Kiedy po tradycyjnym „Tańczymy Labado” i legendarnym „sędzia Ch” przyszedł czas na meksykańską falę, w sukurs dzielnym chuliganom z Osinieckiej przyszli okoliczni rolnicy oraz zastęp ochotniczej straży pożarnej. Wszyscy razem stworzyli jeszcze przed pierwszym gwizdkiem sędziego swoisty Kocioł Czarownic, przy którym słynna Torcida wygląda jak wiedeński chórek dziecięcy.

Po meczu jeden z wrocławskich piłkarzy tłumaczył, że kiedy wychodził na murawę, kolana się pod nim ugięły. Rzeczywiście fizjoterapeutom wrocławskiej drużyny udało się owe ugięte kolana wyprostować dopiero w drodze powrotnej do Wrocławia. Z kolei jednemu z zawodników gospodarzy od nagłego ataku dreszczy wypadła znaczna cześć górnego uzębienia.

Wracając do samego spektaklu trzeba przyznać, że selekcjoner Kowalczyk odrobił pracę domową na szóstkę. Bezbłędnie przewidział, że jego vis a vis wystawi od pierwszych minut jedenastu piłkarzy, w tym jednego bramkarza i co najmniej dwóch obrońców.
Taka taktyka miała okazać się wodą na młyn dla wrocławskiego zespołu, który wystąpił w meczu XX kolejki IV Supermegaekstraligi w następującym składzie:
Bartolini Guzdrau – Damiano Grande Głębino, Artis Łuczkiewicius, Arab Abdul Wisimulacha – B&Bicz, Pit Bullicki, J. Teletubiński, M. Ratatanek, G. Tomason – Antoni M. i M. Kowalczyk (brat bliźniak jednojajowy trenera selekcjonera M. Kowalczyka)
Kiedy stadionowa kukułka piętnasty raz splunęła w dziuplę arbiter główny zadął w róg po raz pierwszy. Do boju ruszyły Sokoły. Kilka razy piłka przewędrowała z północnej części pola karnego Piasta na południową. Dwukrotnie napastnicy miejscowej ekipy próbowali kopnąć w bramkę Wrocławian jednak do 12 minuty ich próby paliły na panewce. Wreszcie jednak nastąpiła akcja, która rozdarła serce selekcjonera z Osinieckiej. A wszystko mogło być inaczej, gdyby golkiper Piasta sam zakładał swoje szelki. Tuż przed pierwszym gwizdkiem Guzdrau poprosił jednak o pomoc kolegów z drużyny, a Ci, robiąc mu przedni żart, przymocowali szelki biednego bramkarza do poprzeczki jego własnej bramki. Dzięki Bogu, że szelki nie zostały przymocowane do słupka, jednak ów dowcip i tak, jak się okazało, pozostał brzemienny w skutkach.
W 12 minucie gospodarze prowadzili 1:0. Głębokie dośrodkowanie z rzutu wolnego głową na bramkę zamienił Wojtyło. Nie bez winy przy straconej bramce był brat bliźniak, który po meczu tłumaczył, że kiedy Wojtyło skakał do główki, na niebie pojawiło się wielkie oko, a jakiś głos szepnął bliźniakowi do ucha „Puść go, puść go…”. Guzdrau natomiast przekonywał, że wybiegł, ale coś ciągnęło go w tył…
Po straconej bramce galaktyczni przypuścili szturm na bramkę Sokoła. Do 25 minuty nie udało im się jednak wtargnąć na połowę przeciwnika. Wtedy jednak selekcjoner pozwolił swoim piłkarzom strzelać i natychmiast zrobiło się 1:1. Pit Bullicki z Antonim M. zakręcili takiego młynka, że trzech zawodników gospodarzy wykopywano z ziemi jeszcze długo po zakończeniu zawodów. Antoni M. huknął natomiast na koniec z lewej mańki zacnie i bramkarzowi nie pozostało nic innego jak zakląć i wyciągnąć piłkę z siatki.
Nie minęło sześćset sekund kiedy żółto-czarni zranili Sokoła po raz drugi. Tym razem to brat-bliźniak dorzucił piłkę z rzutu wolnego a B&Bicz w swoim stylu pokonał po raz drugi golkipera z Lipy. Tak się składa, że środkowy Piasta strzela tylko głową, tylko tyłem do bramki i tylko Sokołowi… Ot, taki zwyczaj.
Kiedy wydawało się, że wrocławianie przejmą kontrolę na meczem szelki bramkarza Piasta znów dały o sobie znać. Tym razem była minuta 35 i dośrodkowanie z rzutu rożnego. Bezlitosnym egzekutorem okazał się Suppan, który ponownie głową doprowadził pierwszego z bliźniaków do szału. Na trybunach stadionu w sektorach gospodarzy zapanowała prawdziwa euforia. Perłowe race, kolorowe konfetti i zimne ognie w jednej chwili określiły niezapomniany klimat leśnego obiektu. Po stronie wrocławskich ultrasów dało się natomiast słyszeć westchnienia żalu i nieśmiałe poetyckie epitety z cyklu „ożesz kur…”
Kiedy temperatura spotkania wzrosła do rekordowej skali główny rozjemca zawodów zaprosił piłkarzy na przerwę. Łyk mięty z melisą, tulaski trenerskie, czy popularny klocek dla świętego spokoju, zawsze dodają zawodnikom animuszu, a kibicom nadzieję na jeszcze lepsze wodowisko w drugiej odsłonie meczu.
Podczas gdy obaj trenerzy nakreślali mozolnie szkice swojej strategii na drugie 45 minut, na murawie piłkarze rezerwowi wybrali się na rozgrzewkę. Szczególny aplauz na trybunach budziły efektowne zagrania w dziadku wrocławskich rezerwowych. Każde dotknięcie piłki Czerwonego wywoływało gromkie „Ole”, kiedy zaś Tylko Piotr w ramach stretchingu napiął lewy pośladek zemdlała żeńska część publiczności.
Niestety popisy wrocławskich tuzów trwać mogły zaledwie kwadrans, po którym arbiter główny ponownie wypuścił na boisko głównych aktorów sobotniego spektaklu.
To co się wydarzyło przez następne pół godziny przejdzie do historii Wielkiej Lipy, jako następne pół godziny. Gospodarze okopali się na swojej połowie zostawiając na desancie dwóch doświadczonych komandosów Wróbla i Wargina. Podczas gdy z jednej strony boiska napastnicy Piasta walili uparcie głową w mur, na połowie wrocławian wspomniani młodzieńcy doprowadzali do łez obrońców z Osinieckiej.
W 61 minucie wspomniana dwójka tak sobie klepnęła, że na trybunach wszystkim pospadały kapcie. Guzdrau, mimo iż odciął szelki, nie miał szans uchronić swojej drużyny przed utratą trzeciej bramki i posłusznie skapitulował.
Na ostatnie dwa kwadranse goście przenieśli na połowę przeciwnika całe swoje centrum dowodzenia. Ataki wojsk piastowskich sunęły raz prawą, raz lewą flanką. W kierunku bramki Sokoła strzelali prawie wszyscy zawodnicy Kowalczyka jednak żaden z nich nie zrobił tego na tyle skutecznie, żeby znów porwać swoich kibiców do tańca.
Za to komandosi Selekcjonera Foltyna doskonale wiedzieli jak dobić wrocławian. Kolejna kontra, czwarta bramka i napisy końcowe.
Sokół znów okazał się dla Piasta gościnny jak zięć po jelitówce. Kiedy zabrzmiał ostatni gwizdek na trybunach rozległ się szloch. Kibice z Wrocławia jeszcze długo nie mogli pogodzić się z porażką. Ktoś wreszcie wpadł na pomysł, żeby zorganizować pielgrzymkę pokutną w drodze powrotnej do Wrocławia. Poszły więc w ruch bicze, baty i pejcze, a jak donoszą źródła zbliżone do wiarygodnych na wysokości Pęgowa doszło również do dwóch samopodpaleń.
Wynik jednak poszedł w świat. Do działaczy Piasta zaczęły napływać listy kondolencyjne, natomiast trener Sokoła otrzymał obietnicę otrzymania orderu honorowego mieszkańca Wielkiej Lipy. Nad nazwą miejscowości zaczęto się zresztą głośno zastanawiać. Ze środowisk kibicowskich słychać głosy, że drużyna gra tak porywająco, że przyszedł wreszcie czas zastąpić człon „Wielkiej” symbolicznym „Bez”.