Mamy to! Piast ograł Orła i wskoczył na pozycję lidera IV ligi!

Prawdziwych mężczyzn poznaje się po tym jak kończą. Dziś, to powiedzenie niech będzie piękną laurką dla walecznych serc piłkarzy z Żernik. Szło jak po grudzie, a jednak w końcówce meczu podopieczni Marka Kowalczyka potrafili dokonać rzeczy niemal niemożliwej, udowadniając wszystkim, że żółto-czarny charakter to gra do ostatniej minuty w każdej sytuacji.
Świadomość bliskości fotela lidera nie wpłynęła w pierwszej połowie meczu korzystnie na postawę piłkarzy z Żernik. Od samego początku spotkania z niżej notowanym Orłem Ząbkowice nogi zawodników w żółto-czarnych strojach wydawały się wyraźnie splątane. W zagraniach brakowało dokładności, a podejmowane przez piłkarzy decyzje wydawały się nerwowe i nieprzemyślane.
Piast zepchnął, co prawda, od samego początku gości do głębokiej defensywy, ale nie potrafił wypracować sobie dogodnej sytuacji do zdobycia bramki. Mimo iż gospodarze długo utrzymywali się przy piłce, to Orzeł wydawał się bardziej konkretny w swoich poczynaniach.
W 16 minucie po szybkiej kontrze lewą stroną przedarł się skrzydłowy Orła i dograł dokładną piłkę wprost na głowę Karola Bohajczuka. Pomocnik z Ząbkowic uderzył chytrze piłkę głową, a ta wpadła za kołnierz bezradnie interweniującemu Michałowi Sadysiowi. Po kwadransie gry mieliśmy więc niespodziewanie prowadzenie Orła, a goście zamknęli się na swojej połowie jeszcze szczelniej skupiając się już wyłącznie na wybijaniu z rytmu zawodników Piasta.
Z każdą upływającą minutą przewaga gospodarzy rosła, jednak w ich poczynaniach widać było wyraźnie również coraz większą nerwowość. Kilkukrotnie zawrzało pod bramką Derbisza. Piłka jednak nie chciała wpaść do bramki gości. Kiedy po 45 minutach arbiter główny zaprosił piłkarzy na przerwę wśród kibiców panowała opinia, że to nie jest Dzień Piasta.
I rzeczywiście w drugiej połowie meczu obraz gry się nie zmienił. Trener Kowalczyk zdecydował się w przerwie na jedną zmianę. W miejsce Mikołaja Kotfasa na boisku pojawił się Damian Głęboki. Piast wciąż dominował, jednak sytuacje które stwarzał nie były na tyle klarowne, aby zmienić wynik spotkania.
Na domiar złego goście w 74 minucie podwyższyli prowadzenie. Kapitan Ząbkowiczan Łukasz Maciejewski wykończył składną kontrę całego zespołu i na Osinieckiej zapadła cisza jak makiem zasiał.
Na kwadrans przed końcem Piast przegrywał więc na własnym boisku z Orłem Ząbkowice 0:2 i niektórzy kibice zaczynali powoli opuszczać stadion. Ci, którzy jednak rzeczywiście wyszli mogą sobie pluć w brodę. I to gęstą śliną. Młodzi piłkarze Piasta udowodnili, że niemożliwe nie istnieje.
Sygnał do ataku dał weteran polskich boisk Maciej Kowalczyk, który chwilę wcześniej zameldował się na boisku w miejscu Michała Szewczyka. W 80 minucie Jhon Lee dograł dokładną piłkę na długi słupek właśnie do Kowalczyka, a napastnik Piasta złożył się do pięknego woleja, który został jeszcze sparowany przez Derbisza. Wobec dobitki Łuczkiewicza bramkarz Orła był już jednak bezradny. A swoją drogą ciekawi, jak w tym miejscu znalazł się środkowy obrońca Piasta. Artur Łuczkiewicz jest, jak wiadomo, bramkostrzelnym obrońcą jednak udział stopera w kontratakach swojego zespołu to prawdziwy ligowy ewenement. Jak widać nadzwyczaj pożyteczny.
Bramka kapitana żółto – czarnych wlała w serca piłkarzy i kibiców nową nadzieję. Piast natarł na rywala wściekle i już pięć minut później mieliśmy wyrównanie. Tym razem z tego samego bocznego sektora boiska dośrodkowywał Robert Pikulicki, a do odbitej przez obrońców piłki dopadł kolejny zmiennik Piotr Tylka i mocnym strzałem pod poprzeczkę doprowadził do wyrównania.
Na trybunach zapanowała euforia, ale ambitni Wrocławianie nie chcieli poprzestawać na remisie. W 88 minucie bliski zdobycia trzeciej bramki był Jakub Telatyński. Piłka po strzale młodego pomocnika minęła jednak o centymetry poprzeczkę bramki Orła.
Kiedy sędzia pokazał, że dolicza trzy minuty do regulaminowego czasu Jhon Lee prostopadłym podaniem uruchomił Antonio Autonell Molla. Jak systematyczny i skuteczny jest Hiszpan kibice na Żernikach przekonać się mogli w zeszłym sezonie, kiedy to popularny Toni strzelał bramkę w niemal każdym meczu ligowym. Ostanie spotkania tego zawodnika to również esencja skuteczności. Kiedy jednak w sytuacji sam na sam Antonio w pełnym biegu przełożył sobie piłkę z prawej nogi na lewą trybuny przy Osinieckiej zamarły. Jednak tylko po to, by za chwilę wybuchnąć euforią w całej swojej rozciągłości. Hiszpan utonął w objęciach kolegów, a na ławce rezerwowych Piasta wyraźnie coś huknęło. To kamień, który spadł trenerowi Markowi Kowalczykowi z serca.
Po chwili huknęło również w innych częściach stadionu. Orzeł nie był w stanie w ostatnich dwóch minutach zagrozić już bramce Sadysia i trzy punkty pozostały na Osinieckiej.
To było piękne popołudnie na Żernikach. Mnóstwo kibiców, spora ilość dzieci z Akademii Piasta, która przed meczem utworzyła cudowną eskortę piłkarzom wychodzącym na mecz. Krótka, ale chwytająca za serce uroczystość wręczenia kapitanowi Piasta Kubie Myce pamiątkowej koszulki i w końcu mecz, który pomimo, że od samego początku nie układał się, przyniósł finalnie tyle emocji i tak wspaniałe zakończenie. Zakończenie, które nie tylko dało Piastowi Żerniki trzy punkty, ale również posadowiło wrocławską drużynę po raz pierwszy w historii na fotelu lidera IV Ligi. Jest to wydarzenie bez precedensu, a wszystkim piłkarzom, działaczom oraz kibicom drużyny z wrocławskiego osiedla Żerniki należą się największe słowa uznania.
Za tydzień Piast, jako lider tabeli, pojedzie do Goszcza walczyć z tamtejszą Wiwą o kolejne trzy punkty. Obojętnie, jak potoczą się jednak dalsze losy Piasta, data 21 września już na zawsze zapisana zostanie w annałach żernickiego sportu.
Hej Piast!!!