Zadyszka Piasta, dwie kolejne wyjazdowe przegrane żółto-czarnych.

Ostatni tydzień to intensywne granie na boiskach IV ligi.
Po bardzo wyczerpującym meczu z Orłem Ząbkowice, Piast trzy dni później pojechał do Bielawy na mecz z trzecią siłą ligi Bielawianką.
Ekipie Grabowskiego znowu pomóc nie mogli jej najbardziej doświadczeni piłkarze - Adam Samiec i Maciej Kowalczyk. Pomimo tego, podobnie jak dwa tygodnie wcześniej w Trzebnicy, młodzi piłkarze Piasta nie przestraszyli się faworyzowanego rywala i od samego początku ruszyli do ataku. Jako że gospodarzy spotkania również zadowalało wyłącznie zwycięstwo, mecz od pierwszych minut stał się bardzo otwarty. Do przerwy oba zespoły stworzyły sobie po kilka wyśmienitych okazji do zdobycie bramki, ale to Bielawianka okazała się bardziej skuteczna. W 34 minucie meczu, przy asyście Murilo Maia, wynik otworzył Adrian Morasz. Mimo szans Piasta na szybką odpowiedź wynik do przerwy brzmiał 1:0 dla Bielawianki.
W drugiej połowie trwała wzajemna wymiana ciosów, choć przez pierwszy kwadrans to gospodarze wydawali się drużyną bardziej dominującą. W 68 minucie meczu w zespole Piasta nastąpiły aż trzy zmiany. Na placu gry zameldowali się: Skowroński, Głęboki i Barański. Od tego momentu Piast przejął inicjatywę. Goście zepchnęli biało - niebieskich do defensywy i kilka razy byli blisko doprowadzenia do wyrównania. Najlepszą sytuację zmarnował w 85 minucie Mateusz Czerwiński, który z kilku metrów nieczysto trafił głową w piłkę. Do ostatnich sekund napór ambitnych piłkarzy z Wrocławia nie słabł, jednak w 93 minucie meczu gospodarze wyprowadzili śmiertelną kontrę, po której Łukasz Wiącek rozstrzygnął losy spotkania.
Pomimo porażki Wrocławianie mogli wracać do domu z podniesionymi głowami. W meczu niepokonanych na wiosnę drużyn musieli uznać wyższość rywala, jednak swoją ambitną grą zasłużyli na brawa i przed kolejnym spotkaniem ligowym w obozie Grabowskiego panował wciąż umiarkowany optymizm. Tym bardziej, że po kilku meczach przerwy do zespołu powrócił kapitan żółto - czarnych Adam Samiec. Z majowych wyjazdów powrócili również Kowalczyk i Gąsior, co oznaczało, że Piast Żerniki wreszcie przystąpi do ligowego pojedynku w optymalnym zestawieniu.
Niestety rzeczywistość okazała się dla młodych piłkarzy z Osinieckiej wyjątkowo brutalna.
W sobotnie popołudnie Piast natrafił w Wielkiej Lipie na bardzo dobrze dysponowany zespół Sokoła i w obliczu swojej słabszej dyspozycji nie poradził sobie w starciu z podopiecznymi Marcina Foltyna. Początek spotkania nie wskazywał jednak na porażkę Wrocławian. W ciągu pierwszych dziesięciu minut żółto-czarni stworzyli sobie trzy wyśmienite okazje do zdobycia bramki, z których jedną wykorzystali. Stało się to za sprawą Artura Łuczkiewicza, który najprzytomniej zachował się w polu karnym Sokoła i mocnym strzałem otworzył wynik spotkania. To, co stało się jednak później, trudno jest wytłumaczyć w jakiś racjonalny sposób. Wrocławianie pogubili się zupełnie, a bardzo ofiarnie grający gospodarze przejęli całkowicie kontrolę nad wydarzeniami boiskowymi.
Już w 12 minucie po koronkowej akcji w polu karnym Piasta sfaulowany został Kamil Pyzłowski, a gospodarze po chwili cieszyli się wyrównania. Do końca pierwszej połowy Sokół stworzył sobie jeszcze kilka sytuacji podbramkowych dwie z nich zamieniając na gole. Najpierw po stałym fragmencie gry na listę strzelców wpisał się Michał Sudoł, a potem wynik meczu ustalił najlepszy tego dnia na boisku Kamil Pyzłowski. W międzyczasie Piast stracił po raz kolejny swojego kapitana Adama Samca, któremu znów odnowiła się kontuzja.
W przerwie meczu w Piaście nastąpiły aż trzy zmiany, jednak żaden z nowych zawodników nie potrafił odwrócić losów meczu. Żółto-czarni przeszli co prawda na system gry trzema obrońcami i uzyskali wyraźną przewagę w polu, jednak gospodarze praktycznie nie pozwalali podopiecznym Grabowskiego zbliżyć się pod własne pole karne. Sokół natomiast wyprowadził kilka bardzo groźnych kontr, po których wcześniej mógł zakończyć emocje w sobotnim spotkaniu. Zamiast tego jednak doczekaliśmy się ciekawej końcówki, kiedy to najpierw po strzale Łuczkiewicza piłka wylądowała na poprzeczce bramki Sokoła, a zaraz potem Skowroński obił z najbliższej odległości jej słupek.
Jak się jednak ostatecznie okazało, to nie był dzień Piasta. Sokół zasłużenie i wyraźnie wygrał 3:1 i przeskoczył w tabeli Wrocławian.
A jednak Piast utrzymuje wysokie szóste miejsce w tabeli, mając 9 punktów przewagi nad strefą spadkową. Przed zawodnikami z Osinieckiej rysuje się jednak teraz bardzo ciężki okres. Najpierw piłkarzy z Żernik czeka batalia z bardzo silnym Sokołem Marcinkowice, a później dwa wyjątkowo trudne wyjazdy do Barda i Świdnicy. Obie te drużyny niespodziewanie znalazły się w strefie zagrożonej spadkiem do niższej ligi i na pewno będą grały przeciwko Piastowi z podwójną determinacją.
Kibice Piasta zapewne pamiętają jednak, że to właśnie po meczu z Sokołem Wielka Lipa rozpoczął się wielki marsz żółto-czarnych w górę tabeli. Nie mielibyśmy nic przeciwko temu, aby i tym razem Wrocławianie zostali rewelacją ostatniej części rozgrywek. Na pewno stać na to młody zespół Grabowskiego i Kowalczyka. Na rozstrzygnięcia musimy jednak poczekać, przynajmniej do najbliższej soboty, kiedy to Piast o godz. 12.00 zmierzy się na Osinieckiej z faworyzowanym Sokołem Marcinkowice.